KULTOWI PIOSENKARZE NA WYMARCIU

Do napisania tego tekstu natchnął mnie line-up tegorocznego ludycznego „Święta Trzech Braci” w Cieszynie. Potencjalnych biesiadników ‘plus trzydzieści’ niewątpliwie rozgrzała informacja o występie zespołu „Kult”. „Kult”, jak i jego przesławny wokalista Kazik, to instytucje, nomen-omen, kultowe. Przynajmniej dla ludzi wychowanych w latach dziewięćdziesiątych. Zaliczam się do tego grona i z pewnością mogę zaświadczyć, że wspomniana formacja (a – przede wszystkim – jej wokalista) osiągnęły wówczas taką pozycję, jakiej mogą jej (formacji)/jemu (Kazikowi) zazdrościć prawdopodobnie wszyscy późniejsi wykonawcy.

Zaręczam, że w tym przypadku słowo ‘kultowy’ nie jest, w żaden sposób, użyte przesadnie. Przed cieszyńskim koncertem „Kultu”, na który naturalnie nie poszedłem, rozmawialiśmy w gronie podobnych mi pół-dziadersów o wpływie artysty na nasze pokolenie. „On był wtedy pierwszy po Papieżu” – powiedział jeden z nas i tylko kolega ewangelik głośno zaprotestował mówiąc, że dla niego Kazik był wówczas zdecydowanie przed Papieżem. Był uwielbiany, lubiany, ceniony, jednych inspirował, innych wkurzał i drażnił, znali go jednak wszyscy. Cytaty z jego piosenek brutalnie i charyzmatycznie wdzierały się do języka, używanego przez młodzież. I wiele tych cytatów tak zakorzeniło się w języku, że stosowane są do dziś. Kazik był z pewnością najbardziej doniosłym głosem pokolenia młodzieży lat dziewięćdziesiątych – czy się przedstawicielom tej młodzieży to podoba, czy nie. Kazik a la’ dwutysięczne i dziesiąte stracił naturalnie swoją pozycję, młodsze pokolenia znajdowały inne inspiracje, sam twórca wycofywał się na peryferia twórcze, od czasu do czasu wracając z nowymi konceptami artystycznymi, które skierowane były  do węższego grona słuchaczy. My, czterdziestoletnie pół-dziadersy, wspominamy go jednak ze sporym sentymentem: być może dlatego, że – po prostu – jest jedną z najważniejszych relikwii pięknych czasów młodości.

              Ten tekst nie będzie jednak wcale o Kaziku. Jego postać, a zwłaszcza wspomniany nimb z lat dziewięćdziesiątych, zainspirowały mnie do poważniejszych rozważań pokoleniowych. Skoro bowiem Kazik był głosem mojego pokolenia, to jakie symbole miały pokolenia młodsze? Przyznam się szczerze, że wypadłem nieco z obiegu, przestałem być koneserem, śledzącym i żyjącym nowinkami muzycznymi, dlatego postanowiłem skorzystać z podpowiedzi – jest nią zestawienie Topu Wszechczasów Trójki z 2020 roku: dobry rok, aby móc podsumować minione i nieco obce mi muzycznie dwie dekady. I co? Ze zdumieniem odkryłem, ze zarówno lata ‘zerowe’, jak i lata ‘dziesiąte’ reprezentowane są śladowo! Najwyżej uplanowanym kawałkiem, stworzonym w dwudziestym pierwszym wieku jest „Wojenka” autorstwa Lao Che, która zajęła 18 miejsce. Potem, kolejno, „Hydropiekłowstąpienie” tego samego zespołu (46 miejsce), „Zostań” Korteza (88 miejsce), „Missisipi w ogniu” Organka (94 miejsce) i „Zanim pójdę” Happysad (95 miejsce). Tyle! W całej pierwszej setce znalazło się jedynie pięć kawałków, napisanych w dwóch ostatnich dekadach! Mam oczywiście świadomość tego, że sama Trójka, przez specyfikę swoich boomerskich słuchaczy, miłośników nudnego art rocka i mających tę pięćdziesiątkę na karku, nie jest najbardziej wymiernym narzędziem badawczym. Mimo to nabrałem wrażenia, że brak w ostatnich dekadach przebojów, które otarłyby się chociaż o nieśmiertelność, wytrzymałyby na olimpie dłużej, niż kilka miesięcy…

              Postanowiłem przeprowadzić konsultacje u źródeł. Jestem przecież tylko pół-dziadersem, któremu zdarza się dziaderskie ględzenie o tym, że ‘kiedyś, panie, było lepiej’, ale jednak – dla zachowania higieny umysłowej – staram się trzymać uszy otwarte na to, co do powiedzenia ma młodsze pokolenie. Spytałem więc znajomych dwudziestolatków – którego wykonawcę, ewentualnie jaki kawałek uznają za sztandarowy dla minionych lat dziesiątych, w których dorastali. Okazało się, że takiego wykonawcy, lub utworu nie ma. Jeśli nawet rozmówca wskazał na konkretnego artystę, to przyznawał, że jest to jego subiektywna ocena i w innych kręgach wspomniane nazwisko może być nie tylko pominięte, ale i nieznane. Po chwili zastanowienia znalazłem winnego. A winny wszystkiego, co współczesne, jest oczywiście internet.

              Wróćmy do dziewięćdziesiątych. Jako osoba żrąca nowinki muzyczne na śniadanie, obiad i kolację, miałem do nich dostęp dość ograniczony. Swą wiedzę czerpaliśmy wówczas z kilku źródeł. Był to: przekaz ustny (przegrywanie kaset od kolegi na dwukieszeniowym magnetofonie), telewizja (przede wszystkim MTV, Viva! oraz „30 ton”), czasopisma branżowe (Machina, Tylko Rock, dziewuszki od Bakstritów i Kelly Family kupowały Bravo) oraz wybrane radiostacje. Z pełnym przekonaniem stwierdzam, że młodzieniec, owładnięty pasją, był w stanie być na bieżąco. Orientować się w tym, co pojawiło się nowego i wyrobić sobie na temat zjawiska muzycznego konkretne zdanie. Byliśmy i tak uprzywilejowani w stosunku do młodszych pokoleń, nawet od tych panczaków z osiemdziesiątych, którzy występy ulubionych kapel nagrywali na żywo podczas łobuzerskich koncertów i potem rozprowadzali kasety, unikając złych spojrzeń łysoli. Należy jednak przyznać, że muzyka była dystrybuowana w formie reglamentowanej – z tysięcy muzycznych wannabies przebił się do świadomości szerszej publiczności jakiś promil. Po prostu miejsca na szpaltach gazet i w formatach telewizyjnych było niewiele i przeznaczone były jedynie dla wybrańców losu. Aż wreszcie pojawił się internet, który po kilku latach raczkowania kompletnie zdemokratyzował branżę. Czy to źle? Niekoniecznie! Współczesny słuchacz ma nieograniczony dostęp do wszelakiej muzyki, tworzonej na całym świecie. Może nieustannie przebierać w niej, niczym w gigantycznym supermarkecie. Nie będąc skazanym tylko na Kazika. To nie tak, drogie dziadygi, że poziom muzyki się pogorszył – wręcz przeciwnie! Jest jej tyle (i wspaniałej i nieco gorszej), dostęp do niej tak prosty, że niemożliwością jest zyskanie statusu ‘drugiego po Papieżu’. Wreszcie każdy twórca, niezależnie od kaprysu pani z radiostacji, czy wujaszka ze studia nagrań, może pozyskać swoje grono odbiorców – i jest to piękne. Nie będzie już więcej głosu pokolenia. Będą dziesiątki różnych głosów jednego pokolenia.

Konkluzja ta jest jednak mniej przyjemna dla samych twórców. Nieprawdopodobny ferment powoduje ogromną dynamikę i przemiał. Artysta nie będzie mógł bezkarnie osiąść na laurach, być twórcą jednego przeboju sprzed dwudziestu lat, który wciąż jest uwielbiany. Wracając do moich informatorów z pokolenia dwudziestolatków – za tymczasowe i chwilowe najjaśniejsze gwiazdy polskiej muzyki uznali, kolejno: Taco Hemingwaya, Young Leosię i Matę. Wspomniałem o tymczasowości i chwilowości nie bez kozery – zastanawiam się bowiem, czy Hemingway (który będzie bardziej Ernestem, niż Taco), Old Leosia i Stary Mata utrzymają za siedem, dziesięć lat swoją obecną pozycję. Zapewne będzie to trudne. Spotify i youtube są bardziej bezlitosne dla swoich gwiazd, niż TVP dla Maryli.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.