PRZYSZŁOŚĆ SOUSY W KADRZE? RACZEJ PRZESĄDZONA

Pozbycie się Kataru portugalskimi metodami

Nie ukrywam, że byłem umiarkowanym zwolennikiem Paolo Sousy na stanowisku trenera reprezentacji Polski. Mam świadomość tego, że wyniki były bardzo dalekie od ideału (eufemizm podręcznikowy) – choć nawet spartolone Euro nie doprowadziło mnie wcale do stanu klasycznej dla kibica Polski depresji poturniejowej, bo –  w przeciwieństwie do wielu pamiętnych imprez – piłkarze byli w stanie stworzyć jakiekolwiek emocje i dać jakiekolwiek nadzieje na dalszą grę. Niezłą, coraz bardziej nowoczesną grę, połączoną z wciąż średnimi wynikami byłem w stanie uzasadnić i pechem i kosztowną próbą wdrożenia nowego, bardziej efektownego systemu. Po poniedziałkowym meczu coś we mnie jednak pękło. Mam przy tym wrażenie, że niedoszacowaniem wagi meczu z Węgrami Portugalczyk sprawił, że już po marcowych barażach pożegna się z pracą. A nam zostanie gadanie o szkoleniu, systemach, wprowadzaniu młodzieży i będziemy mieli na to faktycznie sporo czasu.

Skąd to przekonanie? Otóż od samego początku eliminacji twierdziłem, że na mundial w Katarze raczej nie pojedziemy. Wynika to z prostej kalkulacji – drużynom europejskim przydzielono jedynie 13 miejsc. Obecnie więc awans na Euro jest naszym obowiązkiem (24 miejsca), natomiast awans na Mundial to jednak spore, ekskluzywne wydarzenie, bo przecież pojedzie tam absolutna elita starego kontynentu. Potencjał naszej drużyny szacuję na jakieś 11-20 miejsce (raczej nieco bliżej dwudziestego), więc znalezienie się w gronie ewentualnych ofiar udaru słonecznego w grudniu 2022 w Katarze to maksymalnie 30% szans. Szanse te spadły nieco, kiedy z pierwszego koszyka wylosowaliśmy Anglię – czyli absolutny światowy top (czy ich lubicie, czy nie, tak właśnie jest!). Jakiego wyniku powinniśmy więc realnie oczekiwać od trenera i jego kadry (abstrahując on niepoliczalnych aspektów, takich jak styl)? Odpowiedź brzmi: zajęcie pewnego drugiego miejsca w grupie i udany występ w barażach.

Ha, ale co oznacza udany występ w barażach? Wiadomo, że awans byłby szczytem, na którego wejście należałby się trenerowi medal. Tu wiele zależałoby jednak od losowania – co jest pewną usterką systemu, ale czyni te eliminacje bardziej atrakcyjnymi. W przypadku rozstawienia trafilibyśmy na teoretycznie słabszego rywala, z którym zagralibyśmy na Stadionie Narodowym. Z dużą szansą na powodzenie. W drugiej rundzie? No cóż – teraz wszystko zależałoby od szczęścia. Natomiast przy wyjazdowej porażce z Portugalią czy Włochami pewnie nikt nie miałby do Sousy i jego kadry większych pretensji. Być może panowałoby przekonanie – zrobili wszystko, co w ich mocy. Jednak najpierw Anglia, potem Portugalia, z takimi przeciwnikami mogło się nie udać, ale przynajmniej powalczyliśmy… Nie było łatwo, ale idziemy w dobrym kierunku. Ostatni mecz z Węgrami miał więc znaczenie fundamentalne i sądzę, że był jednym z najważniejszych w historii reprezentacji, prowadzonej przez Sousę. I co zrobił trener? Wziął i ten mecz po prostu olał!

Zaznaczam tu, że nie mam pretensji o sam fakt porażki z Węgrami. To dobra, świetnie poukładana, zdyscyplinowana, zgrana i zawsze waleczna drużyna. Problem w tym, że Polacy byli kompletnie nieprzygotowani do tego meczu, a trener nie zrobił nic, żeby wyszarpać choć jeden punkt. Zazwyczaj Sousa genialnie prowadził drużynę w trakcie meczu – czego dowodem są drugie połowy (znacznie lepsze od pierwszych) i prawie zawsze trafione zmiany (piłkarzy i ustawienia). W przypadku gry z Węgrami – sam początek był obiecujący, natomiast kilka decyzji personalnych pachniało sabotażem.

– Wiadomo, że zostawienie Lewandowskiego poza pierwszą jedenastką od początku wzbudzało kontrowersje i nie będę w tym przypadku pastwił się nad tak oczywistym błędem. Nie rozumiem jednak, jak można było nie wsadzić go nawet do kadry meczowej – na wypadek, gdyby mocno paliło się w dupie, zawsze mógłby wejść z ławki i zmienić grę. A paliło się, jak stodoły w Bieszczadach.

– Ściągnięcie z boiska już po pierwszej połowie najbardziej produktywnego z trzech środkowych pomocników (Jakub Moder) i pozostawienie na nim niemrawego Linettego i słabego Klicha (którzy dodatkowo zaliczyli kilka fauli, co mogło skutkować wylotką).

– Wprowadzenie wahadłowego Frankowskiego na pozycję środkowego (rozgrywającego?), gdzie facet ewidentnie tracił wszystkie swoje atuty. Przypominam, że rozgrywaniem mógłby zająć się Seba Szymański, gdyby… Gdyby był powołany.

– Nietrafiony wybór napastników: Piątek od samego początku grał do dupy. Milik zrobiłby zdecydowanie więcej, więc przez dużą część meczu byliśmy po prostu bezzębni.

– Brak Zielińskiego w pierwszej jedenastce – jeżeli rezygnujemy  już świadomie z Glika, Lewandowskiego, zagrać nie może Krychowiak, to niech zagra chociaż jeden z naturalnych liderów drużyny.

– Wskutek złej polityki kadrowej doprowadzono do sytuacji, gdy do dramatycznego gonienia wyniku (kompletnie nieskutecznego, dodajmy) wyznaczono Płachetę – bo faktycznie więcej piłkarzy ofensywnych na ławce rezerwowych trener już nie znalazł…

Ta ogromna ilość błędów sprawiła, że nasza gra z minuty na minutę wyglądała coraz gorzej – nie coraz lepiej. Był to pierwszy mecz, w którym Sousa mylił się kadrowo tak bardzo. Co najgorsze – być może ten najważniejszy.

Skąd się wzięła tak dziwna transformacja Sousy? O co w tym wszystkim chodzi? Nie wiem, natomiast odnoszę dziwne wrażenie, że… Że, być może, po prostu przestało mu zależeć? Może wpływ na jego ulatniające się zaangażowanie i entuzjazm ma wymiana szefa i świadomość, że nie jest człowiekiem jego bandy? Może pojawiła się atrakcyjna propozycja pracy do wzięcia w następnym roku (klub ligi włoskiej, reprezentacja Portugalii?) i selekcjoner nie jest już aż tak zdeterminowany? Może grać wizjonera, może bawić się w dziwne ryzykanctwo wiedząc, że kiedy zamiast czarnego wyjdzie czerwone, to i tak czeka na niego fajna posada? Z tego, co wiadomo, to menedżerów ma wyjątkowo sprawnych. Jeżeli tak, to trochę szkoda, głównie polskiej piłki.

Obawiam się bowiem, że po (moim zdaniem nieuchronnym) odejściu Sousy decydenci stwierdzą, że wracamy do nieco bardziej archaicznego stylu który, według wielu ekspertów, pasuje bardziej do surowych polskich piłkarzy – mowa tu o jakimś przedstawicielu polskiej szkoły trenerskiej, ewentualnie Czerczesowie. Nie jestem zwolennikiem takiego rozwiązania  – i jeżeli nawet miałby to być ktoś, kto konsekwentnie i umiejętnie buduje drużynę bazując na skutecznej taktyce, zgraniu, sile fizycznej i wydobyciu cech wolicjonalnych, to podpowiadam nazwisko: Marco Rossi.

Jeżeli go nie znacie, to przypomnijcie sobie poniedziałkowy mecz.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.