TBILISI. RAPORT KONKWISTADORA.

Generał Maps Gugiel, wybitny specjalista od kartografii i topografii, rozchylił przede mną mapę sztabową. Rzuciłem okiem na skomplikowaną konfigurację, wypełnioną liniami prostymi, półprostymi, stycznymi, siecznymi, udekorowaną przeróżnymi fikuśnymi figurami geometrycznymi. Zaciągnąłem się papierochem wiedząc, że sytuacja jest poważna. Wspólnie z całym jednoosobowym sztabem szykowałem się do dynamicznej ofensywny. To ma być prawdziwy blitzkrieg, trzydniowy podbój w stylu wczesnych wikingów, którego celem nie jest ani podbój terytorialny, ani ekonomiczny, a jedynie wyssanie z miasta wszystkiego tego, co uda się w tak krótkim czasie wyssać. Rozdeptanie i przedeptanie każdej piędzi ziemi, jaką da się rozdeptać i przedeptać. Tbilisi nie spodziewało się z pewnością tak dyskretnej szarży, przeprowadzonej przez nienachalną, niewidzialną jednoosobową armię. Było bezbronne.

Podróżowałem w półśnie, bez mapy. Przed południem podziwiałem jakiegoś dawnego boga, po południu – jakąś Amerykankę, wieczorem – małego szakala: w Jerozolimie, przed hotelem, w blasku księżyca, na skrzyżowaniu dróg. Podróżowałem jak ktoś, kto wychodzi naprzeciw przymierzu żywych i umarłych i wie, że wszędzie zostanie przyjęty z przeświadczeniem, że można mu zaufać, bo jest pojętny i wrażliwy na to, co ludzkie i co boskie, a co po drodze będzie roztaczać się przed jego oczami. Chyba tylko tak warto podróżować. To była pouczająca wyprawa: podróżowałem pośród zabójców i zabytków, pustyni i czołgów, wygnanych bogów i wygnanych ludzi. 


Sándor Mároi, “Śladami Bogów” (fragment).

TERRA INCOGNITA

Pewien młody węgierski intelektualista swą pierwszą podróż w kierunku Orientu odbył nieco ponad sto lat temu i właśnie tej włóczędze poświęcona jest książka pt. “Śladami Bogów”. Cytat z tej książki wykorzystałem dla lepszego zobrazowania mojego tekstu, ponieważ filozofia podróży, zaproponowana przez Mároia, jest mi niewątpliwie bliska. A jednak, gdybym miał podpisać się pod tymi słowami obiema rękami i nogami, to pewnie wstrzymałbym – zarówno obie ręce, jak i obie nogi. 

Po pierwsze – podróżowanie sprzed stu laty zupełnie nie przypomina dzisiejszych wojaży i wycieczki. Stanowiło towar luksusowy, ekskluzywny, ilość udeptanych ścieżek i tras wciąż ograniczona była do kilkunastu towarzystw żeglugowych, kilku poważnych linii kolejowych oraz wewnętrznych, wybitnie prymitywnych środków przemieszczania się, przy których postsowieckie marszrutki są niczym statek kosmiczny nowej generacji. Również intencje, kierujące podróżnikami były mocno zawężone. Wiele osób przemieszczała się ze względów praktycznych – aby zmienić miejsce zamieszkania, odwiedzić bliskich, kupcy i przedsiębiorcy nastawieni byli nie na głębokie przeżycia duchowe, lecz ubijanie interesów. Podróżowały również elity. Bogacze wybierali się do wód, aby podreperować zdrowie i kondycję fizyczną. Intelektualiści poszukiwali inspiracji, strawy duchowej i intelektualnej, byli wygłodniali miejsc, będących kolebką naszego świata i naszej kultury. Ciekawił ich inny świat, dążyli również do konfrontacji ich (nie)doskonałej cywilizacji z innymi. 

Niewątpliwie Sándor Mároi, gdzieś w latach dwudziestych dwudziestego wieku, zastanawiał się nad światem, który skurczył się do rozmiarów (jak mu się, być może wydawało) kieszonkowych – szczególnie w porównaniu do poprzednich dekad. Nie mógł jednak przypuszczać, że akt podróżowania, ledwie sto lat później, ulegnie zbanalizowaniu, strywializowaniu i stanie się towarem niemal tak powszechnym, jak oddychanie, woda i poobiedni stolec. Współcześnie podróżujemy z przeróżnych pobudek – pozwolicie, że nie będę ich wymieniał, bo pewnie szybko doczekałbym się łatki kpiarza, zrzędy i dziadersa. A nie chcę.

Sam w tej kwestii mam sobie sporo do zarzucenia, ponieważ nie nabyłem żadnych uprawnień, aby móc mianować się dumnym tytułem podróżnika. Przez ostatnie lata pielgrzymowałem głównie do miejsc, które zdołałem już wcześniej poznać. Być może wynikało to z próżności, na pewno zaś z lęku przed statusem niedzielnego turysty. Człowieka, który – w przeciwieństwie do tych wszystkich Máraiów i Eliadech sprzed stu lat, ludzi o wybitnym wykształceniu, ogromnej wrażliwości i doskonałym przygotowaniu merytorycznym – ma ogromny kompleks ignoranctwa. Mówiąc krótko – fałszywie czułem, że na nowe wyzwania jeszcze nie czas, nie jestem na nie przygotowany, intelektualnie gotowy, więc łatwiej jest zwiedzać miejsca, które już znam, w jakimś stopniu oswoiłem i okiełznałem. I nagle, nieoczekiwanie, jednoosobowy sztab generalny ogłosił plan inwazji na zupełnie obce mi miasto!

FASCYNACJA MIASTEM

Zastanawiam się właśnie, dlaczego tak bardzo ukochałem miasta i to właśnie ich zwiedzanie sprawia mi największą przyjemność. Odpowiedzi znalazłem kilka – która jest prawdziwa, nie wiem. Być może wszystkie? Dziwnym jest, że jako typowy mentalny mieszczuch, powinienem podczas spędzania wolnego czasu szukać odskoczni i odpoczywać na plaży, w cieniu gór, przy akompaniamencie szumiącego strumyka. To nie tak, że nie doceniam walorów natury. Zaledwie dwa dni wcześniej zwiedzałem Góry Pontyjskie i miałem możliwość podziwiania przepotężnego kanionu, którego widok klasycznie zaparł mi dech w piersiach. Doceniłem jego piękno, wielkość i moc. I co? I tyle. Jego widok zapamiętam pewnie do końca życia, a jednak nie jestem w stanie napisać o nim więcej niż tępe dwa zdania dechu, o piersi, o zaparciu. Może to kwestia indywidualnej wrażliwości na różne bodźce? Są pewnie tacy, którzy z obrazu, na którym dostrzegam jedynie góry, drzewa i słońce, wyłowią pojedyncze składniki i detale, których moje oko nie dostrzeże? Może, zamiast drzew, gór i słońca, dostrzegą szeleszczący srebrny liść, układający się w osobliwy kształt krzew, nietypowe załamanie światła na zboczu skalnym? Ja dostrzegam te szczegóły właśnie w mieście. Tam, gdzie inni widzą zwykłe skrzyżowanie z sekwencją podobnych do siebie, nudnych budynków, mnie udaje się wychwycić miliony pozornie nieistotnych szczegółów, pełniących rolę narratora w opowieści o istocie tego miasta. Zachwyca mnie nie tylko niewiarygodna gęstość tego tworu, ale i jego ulotność i kruchość. Słowa o tym Heraklita o tym, że “nigdy nie wchodzi się do tej samej rzeki” są równie trafne w stosunku do miast. To twór żywy, dynamiczny, podatny nieustannym zmianom na tak wielu płaszczyznach, cały czas na nowo ulegający nowej identyfikacji i bez ustanku rozpisujący kolejne rozdziały swojej historii. Moja obsesja na punkcie okiełznania miasta – zrozumienia go, owładnięcia rozumem jego skomplikowanego charakteru, geografii – jest zabawą w gonienie króliczka. Kiedy jestem już blisko, kiedy wracam ponownie, aby postawić jedynie kropkę nad literką ‘i’, zwieńczającą żmudny proces podboju, wtedy okazuje się, że wylosowałem właśnie kartę “wracaj na start”. Zaczynam zabawę od nowa.

Jest jeszcze jeden aspekt, dzięki któremu postrzegam miasta jako miejsca interesujące. Natura została stworzona przez Najwyższego – trudno więc dziwić się jej potędze, pięknu, doskonałości i nieskończoności. Podziwiając miasta, składam hołd geniuszowi człowieka. To konstrukt, w przeciwieństwie do przepotężnej przyrody, zdecydowanie niedoskonały, o zdecydowanie bardziej lichej i niestabilnej konstrukcji. Miasta są jednak efektem ambicji człowieka, jego mozolnym i prawdopodobnie niespełnionym marzeniom o doskonałości. Nieskończonej – bo przecież ten pierwiastek geniuszu w gatunku ludzkim doprowadził do powstania monstrualnych maszyn, z milionami kabli, cegieł, kamieni, rur, systemów, dróg, urzędów, budynków i sam Bóg raczy wiedzieć, jakim cudem to wszystko działa. Z drugiej strony pierwiastek głupka w gatunku ludzkim sprawia, że działa nie zawsze. Jest niedoskonałe, mechanizm ulega zniszczeniom, nadmiernej eksploatacji, są w nim elementy absolutnie zbędne. A nawet szkodliwe.

TECHNIKA PODBOJU

W pierwszym akapicie użyłem porównania do szybkiego najazdu wczesnych wikingów zupełnie nieprzypadkowo. Na podbój miasta miałem ledwie trzy i pół dnia. Tak jak poczciwy Sven knuł, jak w krótkim czasie jak najwięcej zrabować, podpalić i nagwałcić, tak ja szykowałem się na intensywne deptanie, podglądanie, podsłuchiwanie tajemnic miasta, wysysanie z jego istoty tyle, ile tylko się da. Wjeżdżając do miasta wieczorową porą rozklekotaną marszrutką, czułem się jak trzymany tygodniami w piwnicy buldog, którego łaskawy pan wyprowadzi wreszcie na spacer i spuści ze smyczy. Przygotowany byłem nieźle. Mapy sztabowe od generała Maps Gugla kisiły się zeskanowane w głowie, należało więc te zwykłe plamki i kreski, krok po kroku, odsłaniać. Liznąłem historii miasta i państwa, naszkicowałem plan podboju, który jednak miał ulegać – bez żalu – kontrolowanym modyfikacjom w kierunku improwizacji. Logistyka była również ujarzmiona – strategicznym ruchem miał być zakup plastikowej karty o fikuśnej nazwie MetroMoney, dzięki której, po uprzednim podładowaniu, mogłem się bezkarnie turlać metrami i autobusami po wszystkich możliwych stacjach i przystankach. Usystematyzowałem sobie po drodze metodologię weryfikacji miasta. Zgoda – wychodzę z założenia, że każde miasto jest niepospolite, oryginalne i niepowtarzalne. Zwróciłem jednak uwagę na trzy aspekty, które pomagają mi je uporządkować i ostatecznie ocenić oraz opisać. Są to (kolejność zupełnie nieistotna): położenie miasta, jego historia oraz mieszkańcy. 

Minęło jakieś dziewięćdziesiąt godzin, gdy wsiadłem do marszrutki, wiozącej mnie na lotnisko w Kutaisi. Z pełną odpowiedzialnością stwierdzam, że – działając na skraju obłędu – wyssałem z miasta tyle, ile tylko się da. Przedeptałem w tym czasie osiemdziesiąt siedem kilometrów, drugie tyle przejechałem środkami komunikacji miejskiej. Byłem na samej górze, byłem na samym dole. Zobaczyłem tak zwane atrakcje turystyczne, odwiedziłem pozornie nieistotne i schowane przed ciekawskimi oczami przybłędów dzielnice. Zaliczyłem moją prywatną świętą triadę, która zawsze pozwala mi lepiej zrozumieć ten potężny twór: cmentarz, stadion piłkarski i miejscowy bazar. Fruwając w szaleńczym amoku ulicami Tbilisi nie znalazłem natomiast czasu, aby usiąść w przyjemnym miejscu i zakosztować miejscowych potraw. Zupełnie oderwałem się od podstawowych (ok, nie wszystkich!) potrzeb biologicznych i ratowałem się jedynie tanim chaczapuri z budki, którym skutecznie dopychałem się w biegu.

Siedziałem w marszrutce wiozącej mnie na lotnisko w Kutaisi i byłem w tym momencie szczęśliwym człowiekiem.

PTASIA PERSPEKTYWA

Przestrzeń, na której rozłożyło się miasto, ma niewątpliwie ogromny wpływ na jego charakter, lecz nieco mniejszy na moją jego ocenę. Uświadomiłem to sobie, myśląc o Warszawie – mieście plaskatym, wylegującym się tłustym cielskiem na nudnej równinie mazowieckiej, które jednak, z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu, bardzo lubię. To jednak Tbilisi rzuciło mnie na kolana, mocno komplikując sprawę jego topograficznego poznania i zrozumienia – bo dodatkowym wyzwaniem jest zapamiętanie mapy w formacie 3D. Zwykłe kreski i krągłości na mapie okazały się być całkiem stromymi ulicami i pagórkami – tylko dzięki wcześniejszemu pobytowi w tureckim Artvin, stromizny Tbilisi nie zaskoczyły mnie aż tak bardzo. Całkiem wysokie góry i płynąca doliną zielonkawa rzeka o nazwie Kura – całkiem logicznie położenie na budowę tu miasta, bo przecież góry potrafią skutecznie zabezpieczyć mieszkańców przez przeróżnymi łobuzami o niekoniecznie dobrych intencjach, natomiast rzeka gwarantowała szybki transport, zarówno towarów, jak i ludzi. 

Współcześnie górzyste położenie miast dodaje im kolejnego atrybutu – odwiedzający je turyści mają zagwarantowaną naturalnie stworzoną atrakcję, którą w międzynarodowym języku podróżników, nazywamy zwykle “view pointem”. Ha, tylko “view pointom” trzeba jeszcze pomóc, wesprzeć je i opakować odpowiednią infrastrukturą tak, aby były jak najbardziej efektowne, wygodne i spektakularne, nieprawdaż? Ten test Tbilisi zdało – i to z wyróżnieniem! Już starożytni mieszkańcy tego miasta, kierowani nie tylko zdrowym rozsądkiem, ale i z pewnością strachem, postawili na wysokim wzniesieniu rozłożystą twierdzę Narikala, której jedynie część przetrwała gigantyczne trzęsienie ziemi oraz destrukcyjne zakusy nieroztropnych ludzi. Jeszcze bliżej nieba znajdziemy się, spacerując wzgórzem Mtatsminda, na które ze wspomnianej twierdzy można dotrzeć pieszym szlakiem. Same nazwy wzniesień są mniej istotne niż samo opakowanie infrastrukturalne, o którego wartości wspomniałem wcześniej. U podnóża twierdzy znajdziemy z jednej strony ogród botaniczny, a z drugiej osobliwą dzielnicę z budynkami, ewidentnie przypominającymi kobiece piersi – znajdują się w nich, uwielbiane przez mieszkańców i turystów, łaźnie siarkowe. Tymczasem wzgórze Mtatsminda zostało zagospodarowane jako gigantyczny park rozrywki. Dwa sąsiadujące ze sobą wzniesienia i dwie biegunowo odmienne rzeczywistości, które sporo powiedzą nam o charakterze i historii miasta. Narikala to starożytność, to szlachetna, choć surowa i oszczędna architektura. Park rozrywki Mtatsminda powstał w latach trzydziestych jako klasyczny sowiecki Disneyland, a w okresie trasformacji ustrojowej upstrzono go dodatkowo hałaśliwym kiczem a la dziewięćdziesiąte i dwutysięczne.

W przypadku obu wzniesień przeszczęśliwi będą ci, którzy preferują osiąganie zamierzonych celów bez zbędnego nakładu sił – na Narikalę można dostać się wiszącym kilkadziesiąt (jak nie – kilkaset!) metrów nad miastem wagonikiem. Potencjalni zawałowcy preferować więc będą podróż na wzgórze Mtatsminda, łagodnie wspinającą się naziemną kolejką. Oba wzgórza udekorowane są dodatkowo zabytkowymi cudeńkami, z których największe wrażenie robią z pewnością starsze i nieco młodsze cerkiewki oraz monastyry. Ja, zdobywszy oba wzniesienia, oprócz obowiązkowej foty stemplującej zaliczenie “view point”, zeskanowałem całe miasto z ptasiej perspektywy. Mając satysfakcjonujący mnie plan ogólny, zacząłem rozważać podobieństwa. Ze względu na bezpośrednie sąsiedztwo wysokich gór, Tbilisi przypominało mi nieco Sarajewo – z jedną wszakże, konkretną różnicą. Przebywając w Sarajewie miałem wrażenie wszechobecności gór, które otaczają miasto z każdej niemal strony. Przygniatało mnie poczucie, jakbym znalazł się właśnie na dnie wulkanu, czego nie odczuwałem w Tbilisi, mieście bardziej przewiewnym. Jeszcze jeden rzut okiem na miasto i nagle przychodzi mi do głowy Budapeszt. Tutaj miasto jest również przekrojone rzeką na dwie nierówne części – jedną starszą, wybudowaną na pagórkach i wniesieniach, drugą nowszą, bardziej plaskatą, rozlaną po horyzont. Przyglądałem się intensywnie i czułem już, że miasto przestaje być obce. Że kreski, zaokrąglenia i linie na mapie zaczynają mieć rzeczywisty obraz, nabierać kształtów. Obracający się leniwie diabelski młyn i zerkający figlarnie obleśny dinozaur na wzgórzu Mtatsminda przypomniały mi, że prawdziwe miasto, z gwarem ulic, smrodem spalin i zapachem taniej chabaniny z budki, jest tam. Niżej.

TWARZE MIASTA

Jeżeli zwykły nawet spacer miastem stanowi swoistą wędrówkę po jego historii, to w przypadku Tbilisi wskazówki wehikułu czasu musielibyśmy przesunąć bardzo daleko wstecz. Niech będzie ta Narikala – czyli wspomniana wcześniej twierdza: jej początki datowane są na czwarty wiek naszej ery, co jest niewątpliwie informacją dość szokującą. Informacją, która uświadamia nam, w jakim miejscu właściwie się znaleźliśmy. Czwarty wiek po Chrystusie – epoka, w której wielkim Rzymem władał pierwszy chrześcijański imperator rzymski, Konstantyn Wielki. Czas, w którym święty Augustyn nie był jeszcze świętym Augustynem, lecz pochodzącym z Hippony skromnym studentem retoryki. Kiedy protoplaści mieszkańców tego miasta stawiali pierwsze zabudowania forteczne, to moi przodkowie wciąż bawili się po lasach w chowanego z dziką zwierzyną. Uświadamiam sobie ten fakt z jakąś perwersyjną, masochistyczną przyjemnością i nagle nadchodzi otrzeźwienie. Przecież nie, to niemożliwe, minęło przecież jakieś szesnaście wieków, tysiące wędrówek ludów, dobrowolnych i niedobrowolnych migracji i ten pan, siedzący na ławeczce, ta pani, próbująca sprzedać mi pęk kwiatów, bo przecież “flowers good for foto”, z pewnością z ojcami założycielami grodu nie mają nic wspólnego! Obecni mieszkańcy takiej Turcji nie mają prawie nic wspólnego z tym, którzy mieszkali tam w czwartym wieku, podobnie jest z obecnymi mieszkańcami większości krain w Europie, więc nie mam się chyba czym podniecać. Czyżby?

Nie ciągnie mnie zupełnie w kierunku dogłębnych antropologicznych czy antropometrycznych analiz. Badania długości czaszek pod kątem genetycznym i rasowym obrzydzili mi nieco funkcjonariusze nauki z lat trzydziestych, dokonam więc zupełnie nienaukowej prymitywnej analizy, opartej tylko i wyłącznie na informacjach stricte historycznych. Tylko po to, aby ostatecznie stwierdzić, że korelacja między starożytnymi i obecnymi mieszkańcami Tbilisi nie jest wcale wykluczona! To właśnie na tym terenie powstało dokładnie w czwartym wieku niezależne państwo Kartlia, której stolicą, już w szóstym wieku zostało właśnie Tbilisi. Oczywistym jest, że przez najbliższe kilkanaście wieków ziemia ta nie była w stanie ochronić się przed naturalnymi zmianami etnicznymi, tudzież migracjami – wiele wskazuje jednak na to, że istnieje bezpośrednia ciągłość i wspólnota starożytnych mieszkańców Tbilisi i okolic, a ich obecnych gospodarzy. Dowód znajdziemy chociażby w języku – bo ojcowie założyciele porozumiewali się tutaj starogruzińską mową, używając w piśmie arcydziwacznego gruzińskiego alfabetu, którego używają również i dziś. Jest też wspólnota i ciągłość religijna – Gruzini z dumą przekonują, że wspomniana Kartlia jest drugim najstarszym państwem chrześcijańskim na świecie, zaraz po sąsiedniej Armenii. Bogata historia chrześcijaństwa wschodniego rytu zaznaczona jest w mieście i usankcjonowana niemal na każdym kroku. Pamiętam wycieczkę po macedońskich monastyrach, kiedy podniecałem się starością tych przepięknych kamienistych miniaturek. Zdarza się, że te gruzińskie bywają o kilka wieków starsze! Nie myślę tu akurat o monstrualnej katedrze Soboru Świętej Trójcy – dominancie, królującej nad pejzażem miasta, wybudowanej ogromnymi nakładami finansowymi i ludzkimi na przełomie XX i XXI wieku. Po to, aby ostatecznie odciąć się od sowieckiej spuścizny i symbolicznie zawrócić miasto oraz Gruzję ku źródłom.

W trakcie aktu zwiedzania miasta dochodzi do niespodziewanego melanżu – czyli połączenia historii i architektury, które w pewnym momencie stają się jednym ciałem. Świadomość historii może doskonale wytłumaczyć architekturę – i vice versa. Podziwiając Tbilisi byłem beneficjentem tego połączenia, co było wyjątkowo przydatne, zważywszy na fakt, że jest to miasto o faktycznie wielu różnych twarzach. Widoczna jest twarz stara, pokryta bruzdami, lecz na swój sposób przepiękna. To odrapane, zaniedbane, niewielkie i powoli konające domki, przedzielone tysiącem wąskich uliczek, które razem tworzą trudny do ogarnięcia labirynt. Tutaj zabawa w chowanego wkroczyłaby na zupełnie inny wymiar. W Tbilisi znajdziemy cały dzielnice i areały, pokryte taką zabudową – najsłynniejsze jest chyba położone u podnóża Mtatsminda Stare Tbilisi. Podobnych kęsków znajdziemy jednak znacznie więcej, zarówno na lewym, jaki prawym brzegu Kury. Podobnie jak w przypadku Odessy, mocną reprezentację ma secesja – która niewątpliwie dotarła tu z zachodu za pośrednictwem Rosjan. Jeżeli mowa o uciążliwych północnych sąsiadach Gruzji, narzucających jej swoją bezpośrednią zwierzchność już od pierwszych lat dziewiętnastego wieku, nie można przeoczyć również trwałych śladów, pozostawionych przez budowniczych sowieckich, doskonale znanych przez wszystkich mieszkańców ziem, położonych od Berlina – aż po Władywostok. Sztandarowym i spektakularnym przykładem blokowego brutalizmu jest położone wysoko na płaskowyżu osiedle Nutsubidze Plato gdzie, na niewielkiej przestrzeni, wyrosło co najmniej kilkadziesiąt niebosiężnych, kilkunasto (czasem kilkudziesięcio!) piętrowych klocuchów. Co ciekawe – na Nutsubidze powstają wciąż nowe budynki, a ich twórcy starają się zachować spójność architektoniczną, dodając swoim potworom nieco bardziej nowoczesnego sznytu. 

Po zrzuceniu sowieckiej zwierzchności wraz z jej estetyką, Tbilisi postanowiło zmienić swój wygląd na bardziej strojny. Pojawiło się więc sporo pstrokatych i kiczowatych budowli, które dobrze znane są mieszkańcom krajów, przechodzących transformację ustrojową w latach dziewięćdziesiątych. Oprócz pstrokatości i kiczu nadszedł jednocześnie gwałtowny zwrot na nowoczesność – szczególnie po Rewolucji Róż i przejęciu władzy przez Saakaszwilego, mającego prawdopodobnie sporą obsesję na punkcie przebrania jego kraju w zachodnie szaty. Intuicja podpowiada mi, że na zdolnych i wziętych architektów nie szczędzono tu dolarów, niektóre budynki wybudowano z niemałym rozmachem, ogromną wyobraźnią. Jestem wręcz przekonany, że część z nich, gdyby powstała w tak zwanych miasta zaawansowanych cywilizacyjnie, to zdobiła by foldery i materiały wideo, promujące je. Wspominając o wielu twarzach Tbilisi, należy również oddać honory twarzom orientalnym (związanym z kulturą islamu) oraz żydowską, które również były w stanie odcisnąć piętno i wcisnąć się w ograniczoną przestrzeń miasta. 

Wcisnąć. To słowo użyte zostało nieprzypadkowo. Są miasta, które charakteryzuje stylistyczna eklektyka architektoniczna, jest ona jednak zaplanowana, uporządkowana. Do głowy przychodzi mi Wiedeń – dawna mekka wybitnych architektów, gdzie jednak budynki, bardzo różne i odmienne, są tak perfekcyjnie wkomponowane w przestrzeń, że nie kłócą się ze sobą o atencję. Każdy z nich ma wydzieloną przestrzeń do eksponowania niewątpliwych walorów. Tbilisi jest inne i przypomina mi trochę moment pakowania się tłumu ludzi do niewielkiej marszrutki. Tutaj budynki, style, konwencje brutalnie mieszają się ze sobą, wchodzą sobie na głowę, obijają się łokciami, a każdy z nich walczy o jak najlepsze i najbardziej eksponowane miejsce. Na ten rodzaj absurdalnej mieszaniny i kotłowaniny natrafiłem w jednym z najpaskudniejszych – zachowując obiektywne kryteria estetyczne – miejsc, znajdujących się w bliskich okolicach dworca kolejowego. To miejsce ma swoją historyczną nazwę – Dezerter Bazar, bo właśnie tutaj handlowali bronią i innymi mniej lub bardziej użytecznymi fruktami dezerterzy z wojny gruzińsko-sowieckiej. Targ, na którym handluje się praktycznie wszystkim, zajmuje kilkadziesiąt okolicznych ulic i skwerów. Z jednej strony przypomina barwne orientalne bazary, z opracowaną do perfekcji sztuką ekspozycji towarów i werbalną walką o przyciągnięcie potencjalnego klienta do swojego kramu. Część stoisk zachowuje jednak wschodnioeuropejski słowiański kostium – są to zwykłe plastikowe stoliki, na których sprzedawca wykłada towar: cztery cebule, kilka naci pietruszki, dziesięć par skarpet, karty sim i różnorakie etui do telefonów. Dekoracja tego widowiska jest na wskroś sowiecka – bo w tle wyraźnie widać potężną ścianę kolejnego cacka, który doprowadzi do orgazmu miłośników brutalizmu. Przestrzeń pełna jest smutnych szarych ludzi, którzy bojkotując zupełnie zasady ruchu drogowego, snują się między pierdzącymi parawehikułami, przeróżnymi rowerkami i motorynkami z dobudowaną własnoręcznie paką. Na której nierzadko przewożone są takie absurdalia, jak suche gałęzie, poupychane kawałki świńskiego mięsa, czy też butelczyny pędzonej przy blasku księżyca gruzińskiej wódy. Mając w pamięci ten zaskakujący obraz, udało mi się nawet stworzyć równanie matematyczne. Jego elementami są miasta, w których nigdy w życiu nie byłem, więc samo równanie bazuje na mojej wyobraźni, intuicji i stereotypach.

Stambuł + Moskwa = Kinszasa.

Oto kieszonkowy opis miejsca, o nazwie Dezerter Bazar.

MIESZKAŃCY RZĄDZĄ ULICĄ

Street art.

To hasło pojawia się wyjątkowo często, podczas opisów i zachwytów nad stolicą Gruzji.

I nie są to wcale zachwyty nad wyrost.

Chciałbym jednak spojrzeć na tę kwestię nieco szerzej.

Lubię miasta, w których mieszkańcy biorą na siebie współodpowiedzialność za jego wygląd i charakter. Żyją miastem, są jego nierozłączną i ważną, być może najważniejszą cząstką. Do tej potrzeby wpływania na otoczenie podchodzę zupełnie obiektywnie – nie stawiam kompletnie żadnych kryteriów estetycznych, liczy się jedynie sama potrzeba. Dlatego wciąż dość wąski termin street artu jest, z mojej perspektywy, niewystarczający. Street art w Tbilisi imponuje – czemu sprzyjają tony sowieckiego betonu, które – dzięki artystom ulicznym – zyskały nowy i całkiem atrakcyjny wygląd. Zaskakuje również kreatywność miejskich artystów i mieszkańców w zdobieniu ulic i skwerów setkami cudacznych detali, których odkrycie sprawia każdemu przechodniowi nielichą satysfakcję. O niewinny uśmiech przyprawiła mnie żeliwna dama, opalająca się na moście, rzeźba latarnika na drabinie, czy też stare zabytkowe pianino, pozostawione gdzieś na środku skweru. Tych szczegółów jest więcej i bez wątpienia pozytywnie wpływają na ogólny odbiór przestrzeni. A jednak street art istniał, zanim jeszcze powstał i został zdefiniowany encyklopedycznie. Istniał od zawsze, a swoje znaczenie zyskał jeszcze od chwili, gdy miasta przybierały kształt dobrze nam znany – od czasu rewolucji przemysłowej, czyli ich dynamicznego pęcznienia i wylewania się daleko poza staroświeckie i bezużyteczne już mury miejskie. Decydenci wespół z mieszkańcami Tbilisi dbali o przestrzeń miejską już od dawna – świadczy o tym z pewnością ponadprzeciętna ilość tak popularnych na wschodzie pomników, ale i zadbanych i zgrabnie zaprojektowanych parków, ulic i kamienic udekorowanych zgrabnym detalem. 

W Tbilisi bardzo powszechna i pielęgnowana jest również kultura bazgrołu ulicznego. Rzadko jaki mur uciekł przed ekspansywną siłą spreju, czy chociażby flamastra. Oczywiście, tę przypadłość można nazwać wandalizmem. Nie polemizując z taką łatką, dostrzegam jednak w tym wandalizmie pewną naturalną więź człowieka z miastem. Wandal/poeta/frustrat/artysta (wybierz słowo, które najbardziej Ci odpowiada) wykorzystuje ulicę. Pełni ona funkcję nośnika do przekazania światu przemyśleń, zgryzot, emocji i namiętności. Miałem wrażenie, że na gruzińskich murach, tak bardzo wyeksploatowanych przez quasiliterackie potrzeby mieszkańców, jest sporo konkretu. Mało jest tak drażniących mnie ze względu na swoją nieczytelność tagów, będących zwykłym obsikiwaniem terenu. Gruzin z flamastrem kocha, Gruzin ze sprejem jebie, Gruzin przy murze walczy politycznie (chociażby o uwolnienie Saakaszwilego), Gruzin popiera, protestuje, śmieszkuje, nabija się. Co ciekawe – bazgrzący Gruzin często informuje świat o swoich preferencjach piłkarskich, muzycznych, pozycjonuje się na mapie popkulturowej świata. I, między innymi z tbiliskich murów, docierają do nas informacje, z których możemy wysnuć całkiem ciekawe wnioski.

OKUPACJA

Obawiam się, że pod koniec poprzedniego akapitu mogłem wprowadzić czytelnika w błąd – którego strasznie nie chce mi się poprawiać. Wielokrotnie użyłem słowa Gruzin zapominając, że w rzeczywistości piszę o mieszkańcach Tbilisi, jedynej gruzińskiej metropolii. Powinienem pamiętać o powiększających się coraz bardziej różnicach między mieszkańcami wielkich aglomeracji i prowincji – naznaczonych stylem życia, postrzeganiem rzeczywistości, stosunkiem do zmieniającego się świata. Jest to ważne rozgraniczenie w kontekście kolejnych obserwacji, którymi mam zamiar Was niebawem przynudzić. Dodatkowo powinienem pamiętać o post-plemiennej strukturze gruzińskiego etnosu, o tych wszystkich Adżarach, Megrelach, których nie miałem możliwości poznać – a oni niekoniecznie widzą świat w tych samych barwach, jak mieszkańcy wielkiego Tbilisi. 

Odwiedziłem Muzeum Okupacji Sowieckiej, znajdujące się – wciąż tymczasowo – na najwyższym piętrze Muzeum Narodowego. Sama ekspozycja, w porównaniu do znanych mi nowoczesnych i interaktywnych wystaw, ma dość skromny charakter. Ot, spora sala zapełniona zdjęciami, przedmiotami i opisami – częściowo w języku angielskim. Spędzona tam godzina była jednak wartościowym doświadczeniem – dowiedziałem się, że po upadku Imperium Rosyjskiego, Gruzini faktycznie proklamowali niepodległość, która została skasowana przez Sowietów dopiero po kilku latach walk, potyczek, bitew i ostatecznej pacyfikacji niepodległościowców. Cały ten, mocno uwypuklony bagaż ludobójstw, prześladowań i terroru był mi doskonale znany. Rozczulił mnie nieco brak informacji o tym, że spory odsetek komunistycznej wierchuszki (z generalissmusem i głównym enkawudzistą na czele) pochodził właśnie z Gruzji – choć napotkany później w knajpie autochton tłumaczył mi uparcie, że w tym przypadku mowa przecież o Osetyńczyku i Megrelu. Najważniejszy przekaz tej powstałej w 2006 roku (czyli już za rządów Saakaszwilego) placówki jest słowo wytrych: okupacja. Mieszkańcy Tbilisi samą nazwą muzeum wykrzykują wręcz do świata – my nie mamy z sowieckimi dzikusami nic wspólnego, to była okupacja wschodniej barbarii, a miejscem okupacji był po prostu najbardziej wysunięty na wschód przyczółek zachodniej cywilizacji!

Mieszkańcy tych ziem czuli się częścią wielkiej cywilizacji europejskiej jeszcze wtedy, kiedy wąsatego Mieszka i jego dobrej (jak samo imię wskazuje) Dobrawy nie było nawet w planach. Przynależność tę sankcjonowało wówczas chrześcijaństwo i nie zaszkodziła Gruzji nawet wielka schizma, po której centrum jej kręgu kulturowego stanowiło Bizancjum. Jednak wraz z pojawieniem się nowych dominatorów w okolicy, mityczny zachód i mityczna Europa oddalała się. Podczas sławetnych rządów królowej Tamar Gruzini utrzymywali podmiotowość do czasu, kiedy z trzech różnych stron pojawili się, lub urośli w siłę niezbyt taktowni sąsiedzi: Turcy, Persowie i Rosjanie. Sami rozumiecie, że w tym momencie podmiotowość się skończyła, a istnienie państwa gwarantowane było balansowaniem sił między imperiami. Przedmiotowość gruzińskiego państwa wobec większych sąsiadów jest absolutnie analogiczna do sytuacji Polski w osiemnastym wieku. Imperia dzieliły i rządziły, mając w gruzińskich elitach swoich popleczników, którzy uważali, że jedynie stawiając na (tu można wpisać dowolne imperium) będziemy mogli uchronić niepodległość i zatrzymać (tu można wpisać konkurentów tych poprzednich). Naturalnym wyborem tych elit była najczęściej Rosja – traktowana jako państwo najbliższe kulturowe i swoisty łącznik z mityczną cywilizacją zachodu. Równowaga została więc zachwiana, co w efekcie zakończyło się… Właśnie, tu wracamy do słowa-wytrych: okupacją. Bo z perspektywy mieszkańców Tbilisi obecność Rosjan, a potem Sowietów, była niczym innym, tylko okupacją właśnie. 

Tbilisi ostentacyjnie manifestuje swoją więź z cywilizacją zachodu. Było to dla mnie o tyle wyraźne, że przyjechałem tu z tureckiej prowincji – której stosunek do zdobyczy kulturowych krajów anglosaskich jest kompletnie obojętny. W tureckich knajpeczkach i na tureckich domówkach słucha się jedynie lokalnej muzyki (czasem przewiną się jakieś ckliwe arabeski), ogląda się tureckie filmy, a to, co zachodnie, wydaje się zbędne. Dobrze wykształceni znajomi słyszeli kiedyś coś o Queen, lubią filmy Tarantino, jednak stąpają lekko po ziemi bez ołowianego bagażu tego całego kombinatu popkulturowego, który wdziera się do naszego życia z każdej strony. Gruzini – przeciwnie. Wspominając o tbiliskich murach, nierzadko natykałem się na bazgroły, wychwalające “Iron Maiden”, “Rihannę”, “Led Zeppelin”, “U2”, czy “Nirvanę”. Wieczorem, styrany całodzienną wędrówką, wybrałem się na piwo – jego urozmaiceniem miała być muzyka na żywo. Sympatyczny zespół “The Gobbliners” przez całe dwie godziny rżnął (w całkiem udanym aranżu!) covery Robbiego Williamsa. Po jakimś czasie zajrzałem do konkurencyjnego lokalu w żywą muzyką w tle. Tam, w wąskim przyjacielskim gronie, jakiś Rosjanin pitolił na bałałajce ckliwe szansony. Kiedy jednak pojawiłem się tam ja, gruzińsko-azerskie towarzystwo postanowiło uciszyć męczybułę i ukryć go do szafy, po czym zostałem dopieszczony znanymi mi piosenkami Lenny’ego Kravitza. Kiedy z łatwością wygrałem wymyślony przez Azera czelendż, polegający na wypiciu lekkiego gruzińskiego piwa jednym duszkiem, poproszono mnie nawet o zaproponowanie towarzystwu jakiejś ciekawej polskiej piosenki o folkowym charakterze. Zaproponowałem Golców, zaintonowałem słynny manifest spaślaka: “Gdy widzę słodyce to kwice”. Teraz wiem, że musiałem być już wówczas mocno pijany.

Tbilisi nie jest miastem stricte zachodnim z prostego powodu – znajduje się na Kaukazie. Stąd do Paryża jest jakieś cztery tysiące kilometrów, do Berlina trzy, a do Cieszyna ponad dwa i pół. Tymczasem Teheran oddalony jest o nieco ponad tysiąc kilometrów, Aszchabad jakieś pięćset więcej, aby dojechać do Baku wystarczy parę godzin jazdy samochodem. Ten przyczółek cywilizacji zachodniej musiał więc, przez długie stulecia, poddać się alternatywnym wpływom kulturowym. Trwając i kultywując własną kulturę, tradycję, obyczajowość, nierzadko związaną z całym regionem kaukaskim. A jednak, mając świadomość oddalenia od mitycznego zachodniego centrum, mieszkańcy Tbilisi, trzymając się własnych reguł gry, nieustannie podkreślają swoją specyficzną, ale jednak zachodniość. Chcą być tak postrzegani, dlatego doceniają tych, którzy widzą w nich pełnoprawnych członków zachodniej cywilizacji. Prawdopodobnie każdy wie, że w Tbilisi znajduje się pomnik Lecha Kaczyńskiego oraz ulica jego imienia. Nieopodal można natrafić na sporą arterię, dedykowaną prezydentowi USA, George’owi W. Bushowi. Po drugiej stronie miasta pojawił się niedawno plac Anny Politkowskiej. Ciekawym patronem kolejnej ulicy jest Węgier Mihaly Zichy – wybitny romantyczny dziewiętnastowieczny malarz, przez długie lata zatrudniony bezpośrednio przez cara Aleksandra II. W 1881 roku pojawił się w Tyflisie (nazwa Tbilisi za czasów rosyjskich), gdzie na życzenie miejscowych notabli zilustrował pędzlem epokowe dzieło gruzińskiego piśmiennictwa z przełomu XI i XII wieku pt. “Rycerz w tygrysiej skórze”. Za część z 35 obrazów nie przyjął wynagrodzenia, przekazując je w hołdzie narodowi gruzińskiemu. Kaczyński, Zichy, Bush zasłużyli na sympatię Gruzinów z prostego powodu – oni, po prostu, potraktowali ich poważnie. Dostrzegli w tym dalekim kaukaskim narodzie członków wspólnoty kulturowej. Tylko tyle i aż tyle.

“We need EU” – wykrzykuje swoim bazgrołem na murze niejeden mieszkaniec Tbilisi, bo napisów o podobnej treści widziałem mnóstwo. Gruzja nie jest wciąż państwem o odpowiednim poziomie podmiotowości. Większość elit widzi więc szansę na przetrwanie w związku z zachodnimi elitami. “We need EU, we need NATO” – mówią głośno i wyraźnie. Czy jednak Berlin z Waszyngtonem potrzebują Gruzji? W przypadku doraźnych profitów polityczno-ekonomicznych: na pewno tak. Czy jednak, na dłuższą metę, bardziej opłacalna nie okaże się cena rosyjskiego gazu, lub wolna ręka przy rozstrzyganiu kwestii chińskiej?  

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.